Home
Pommern 1945
Völschendorf
1945 polski
1945 rußki
brehm 1945
1945trauma


 

J. Ruszkowski: Tom 15 – Świadkowie Czasu 1945 . Karl-Heinz Radde: Byłem dopiero dziesiąty

Byłem dopiero dziesiąty – Przeżycia na Wschodnim Pomorzu od marca 1945

Opowiadanie naocznego świadka przez Karla-Heinza Radde

Zapisane w Dreźnie w styczniu 1995, w styczniu 1999 i w Zgorzelcu na Dolnym Śląsku w 2003

Übersetzt von Herrn Andrzej Palmirski -

Ruski stoi już przed Miastkiem


Ruski stoi już przed Miastkiem1)

1) 2 marca 1945 r. komunikat Wehrmachtu głosił: „Na flance nieprzyjacielskiego zagonu na Wschodnim Pomorzu wstrzymano siły pancerne ... w gwałtownych walkach odrzucono je. Na południe od Miastka odzyskaliśmy w kontrataku utracony teren.”

Jest piątek, 2 marca 1945 r. Od wczesnego rana kucamy w tłoku w prowizorycznej jamie w ziemi, przykrytej belkami i deskami, którą nazwaliśmy bunkrem, i przeżywamy najcięższy atak lotniczy. Już od dwóch tygodni nadlatują rosyjscy lotnicy, ale najczęściej w małych gromadach i na krótki czas, i latają wysoko nad naszymi gospodarstwami na skraju lasu. Ich celem jest przede wszystkim miasto powiatowe Bytów, dworzec w Tuchomi i wieś Ciemno. W Bytowie strasznie było przed 10 dniami. Ale dokładnie nie wiedzieliśmy nic. Nikt do wsi nie przychodził. Byliśmy w naszych gospodarstwach totalnie odcięci.

Teraz całe niebo jest pokryte samolotami; wydaje się jakby specjalnie nadlatywali nad nasze wielkie gospodarstwa w trójkącie Tuchomie-Ciemno-Piaszno. Wybuchy bomb są coraz bliższe. Wiemy już, że zastąpią je granaty i artyleria polowa, front jest tuż tuż. Około południa rozpętuje się piekło. Świszczy i eksploduje wokoło. Nadto pociski z broni pokładowej spadają na nas. Piasek i ziemia pryska wokół i spada do bunkra. Wszyscy krzyczą. Warka, nasza ukraińska robotnica, dostaje z krzyku szczękościsku. Ona boi się panicznie śmierci. Mama próbuje ją i mojego małego brata uspokajać, który wrzeszczy jakby go ze skóry obdzierali. Nasza babcia modli się. Ja klnę, gdy raz za razem piasek obsypuje mi twarz. Siedzę przy wejściu do bunkra i mogę obserwować ogród. Wtem przeraźliwa detonacja. Widzę, jak żołnierze, których zakwaterowano w domu, wypadają z niego i w maskach rzucają się do ogrodu. Wielka chmura dymu zakrywa wszystko. Wołam, że nasz dom pali się i wszyscy krzyczą. Ale mój meldunek jest przedwczesny. Dym opada, dom jeszcze stoi, tylko szyby okienne są potłuczone.

Dlaczego obrona przeciwlotnicza nie strzela? Od miesięcy mieliśmy w Tuchomi dwa gniazda przeciwlotnicze z poczwórnymi działami, jeden na pagórku należącym do Gustava Krampa przy drodze do Nowych Hut Nowych Huti drugi na polu na drodze do Bytowa. Ale nic się tam nie działo, działa milczały.

Pod wieczór pobiegłem na podwórko, by oszacować straty. Naliczyłem 205 pocisków, które spadły na gospodarstwo. Większa ich część była niewypałami. Tylko cztery pociski trafiły w stajnię i stodołę i zniszczyły dach nad tą pierwszą. To były małe pociski i nie wyrządziły większej szkody. Nie spaliło się dzięki Bogu nic.

Dwaj wyżsi oficerowie SS chcieli wiedzieć, gdzie schronimy się podczas nalotu samolotów. Nie pozwolili załatwić się odmownie i zażądali by pokazać im nasz „bunkier”. Musiałem ich tam doprowadzić. W połowie drogi usłyszeliśmy nagle ciężki ogień artyleryjski z kierunku Miastka. SS-


mani zatrzymali się i słuchali. „Nasza aria? – spytał jeden z nich. „Wreszcie! ... Myślisz, że zatrzymali front?” Drugi potrząsnął głową. „Nie. Jest już za późno. Wojna jest przegrana!” Jestem przerażony, że żołnierze – do tego SS-


mani – tak mówią. Gdy Wał Pomorski nie został poddany! Czemu dalej walczą i formują kolumny? Dlaczego mój ojciec i 50 ludzi z Tuchomia i pobliskich wsi musiało przed 4 tygodniami wstąpić do Volksszturmu? Chcemy dowiedzieć się od SS-


manów, co teraz będzie i jak powinniśmy się zachować. Oni mówią otwarcie, że tego nie można przewidzieć jak tu walczyć długo przyjdzie i mówią tylko o defensywnym krótkim starciu, które co najwyżej jeden dzień potrwa i tylko o to idzie, bo tutejsza okolica z lasami, pagórkami i jeziorami nadaje się do obrony. Po tym przyjdzie kierować się na Gdańsk. Radzą nam mimo to uciekać, ale najwyżej na odległość 50 km. Jesteśmy uspokojeni. Znaczy to jeszcze, że nasze zagrody staną w płomieniach, gdy tu będą trwały jednodniowe lub tygodniowe walki z uczestnictwem czołgów, samolotów i ciężkiej artlerii. I że wszystko pozostanie tak jak było, wydawało się nam ważniejsze niż wszystko inne.

Następnego dnia od wczesnego rana przebywaliśmy znów w bunkrze. Ale około południa nasze stanowisko p-lotnicze z Tuchomia ostrzeliwało rosyjskiego lotnika, który się tu kręcił, wkrótce na niebie pokazał się niemiecki myśliwiec, który go ścigał. Mieliśmy wreszcie spokój.

Nasz wschodni robotnik z niewymawialnym dla nas nazwiskiem Władysław Dzierdzierdjewski, którego nazywamy Lady, Białorusin z okolic Mińska, który jest u nas już od 1941 i w międzyczasie traktowany zostaje jak członek rodziny, próbuje codziennie nawiązać łączność z sąsiadami. Tym razem zjawia się po niecałej godzinie. Przynosi hiobową wieść ze wsi, że musimy natychmiast uciekać. Tuchomie jest przez wojsko przejęte i musi być do godziny 21 opróżnione. Około wieczora zaczyna się śnieżyca. Wzdychamy ciężko i chronimy się pod osłoną gwałtownej burzy na wielkim wozie.

Już od tygodnia nasz wóz stał w stodole gotowy do odjazdu. Jest to duży, przerobiony wóz do wożenia zboża z lekkim dachem z papy. Konie wciągają go bez wysiłku na małe wzniesienie. Krótko przed drogą na Piaszno nagle stają. Nie wiemy dlaczego. Głęboki lej po uderzeniu bomby staje się dla ich nóg przeszkodą. Lady używa bata, ale konie przestępują z nogi na nogę, rżą bojaźliwie, parskają ciężko i nie chcą postąpić ani kroku dalej. Bat trzaska dalej. Babcia zwraca się do mnie, bym pobiegł do Pelza, naszego sąsiada, aby prosić go, by pomógł nam swymi końmi. Prawdopodobnie nasze konie wystraszone są przez eksplozje bomb w stajni. Biegnę i cieszę się z przymusowego pobytu w bunkrze przed powrotem.

Na podwórku sąsiada Pelza stoi również gotowy do drogi wóz. Powinien zaraz wyruszyć. Jednak konie nie są jeszcze zaprzężone. Pospiesznie informuję o naszej kraksie i proszę, by wspomógł nas swymi końmi. Stary, białowłosy Pelz patrzy na mnie długo nieobecny duchem i kręci tylko głową. Wtedy wydobywa się z jego warg: „Nie, nie, wróćcie do domu.

* * *

Seite Nr. 35 von Wörter: "Ich... bin mit" bis Wörter: "von uns Grosstuchenern".

Ja ... z moimi dziećmi, będąc podczas ucieczki w Bzowie (powiat Sławno, Pomorze) zostaliśmy 7 marca 1945 r., wyprzedzeni przez Rosjan. Wszyscy niemieccy uciekinierzy jak i miejscowi musieli zrobić zbiórkę na dworze, i tu na oczach wszystkich obecnych, lekko ranny volksszturmowiec Paul Radde z Tuchomi, został rozstrzelany przez rosyjskiego żołnierza... Jego grobem opiekowałem się do lipca 1947 r. Jego książeczkę wojskową tu załączam. Wszystko to mówię pod przysięgą.”

Od naocznych świadków jego śmierci dowiedzieliśmy się jeszcze, że młody Rosjanin wzbraniał się długo i kategorycznie przed wykonaniem rozkazu rozstrzelania i ciągle wykrzykiwał: „Eto nje nado... Eto dobry czelowjek...” – To jest niepotrzebne, to człowiek, który nic nie zrobił. Nie mogę go zabić. Ale jego bolszewicki przełożony uważał, że „Kto jest Niemcem jest także faszystą. A każdy faszysta to przestępca.”

W sytuacji, gdy rozstrzelanie za odmowę wykonania rozkazu na froncie, groziło samemu Rosjaninowi, chwycił jednak pistolet maszynowy i strzelił. Dwa pojedyncze strzały trafiły mego ojca w plecy. Odwrócił się i powoli zaczął iść prosto na szereg przerażonych niemieckich kobiet, stanął jednak i uklęknął, by się pomodlić. Rosjanin przerażony doskoczył, przyłożył mym ojcu pistolet maszynowy do karku i ciągłym ogniem wystrzelił cały bębenek. Mój ojciec upadł na bok i zmarł. Musiał leżeć na dworze trzy dni ku przerażeniu niemieckich kobiet i dzieci...

To nie jedyny mieszkaniec Tuchomi, który tak zmarł. Groby rozstrzelanych rozsiane są wszędzie, także obok nas we wsi. Nasza sąsiadka, będąca w zaawansowanej ciąży, pani Pelz została rozstrzelana, zostali rozstrzelani mój stary dziadek w Masłowiczkach i mój wuj w Zdzichowie, rozstrzelano naszego robotnika Ładę z Białorusi... Mamy także wiele grobów Rosjan na naszych polach.

Tuchomie i przeżyte tam lata dzieciństwa są niezapomniane. Często powracałem do naszej „Pomorskiej Szwajcarii” z jej niekończącym się lasami, wspaniałymi jeziorami i rzeczkami, falującymi polami zbóż i szerokimi łąkami. Wspomnienia nie opuszczają nas, są niezapomniane i nigdy się nie wygaszą. Tak to wygląda u każdego z nas tuchomian.

* * *

Seite Nr. 35 von Wörter: "Ich... bin mit" bis Wörter: "von uns Grosstuchenern".

Alter Text:

Ja ... z moimi dziećmi, będąc podczas ucieczki w Besow (powiat Sławno, Pomorze) zostaliśmy 7 marca 1945 r., wyprzedzeni przez Rosjan. Wszyscy niemieccy uciekinierzy jak i miejscowi musieli zrobić zbiórkę na dworze, i tu na oczach wszystkich obecnych, lekko ranny volksszturmowiec Paul Radde z Tychowa Wielkiego, został rozstrzelany przez rosyjskiego żołnierza... Jego grobem opiekowałem się do lipca 1947 r. Jego książeczkę wojskową tu załączam. Wszystko to mówię pod przysięgą.”

Od naocznych świadków jego śmierci dowiedzieliśmy się jeszcze, że młody Rosjanin wzbraniał się długo i kategorycznie przed wykonaniem rozkazu rozstrzelania i ciągle wykrzykiwał: „Eto nje nado... Eto dobry czelowjek...” – To jest niepotrzebne, to człowiek, który nic nie zrobił. Nie mogę go zabić. Ale jego bolszewicki przełożony uważał, że „Kto jest Niemcem jest także faszystą. A każdy faszysta to przestępca.”

W sytuacji, gdy rozstrzelanie za odmowę wykonania rozkazu na froncie, groziło samemu Rosjaninowi, chwycił jednak pistolet maszynowy i strzelił. Dwa pojedyncze strzały trafiły mego ojca w plecy. Odwrócił się i powoli zaczął iść prosto na szereg przerażonych niemieckich kobiet, stanął jednak i uklęknął, by się pomodlić. Rosjanin przerażony doskoczył, przyłożył mym ojcu pistolet maszynowy do karku i ciągłym ogniem wystrzelił cały bębenek. Mój ojciec upadł na bok i zmarł. Musiał leżeć na dworze trzy dni ku przerażeniu niemieckich kobiet i dzieci...

To nie jedyny mieszkaniec Tychowa Wielkiego, który tak zmarł. Groby rozstrzelanych rozsiane są wszędzie, także obok nas we wsi. Nasza sąsiadka, będąca w zaawansowanej ciąży, pani Pelz została rozstrzelana, zostali rozstrzelani mój stary dziadek w Maszewie i mój wuj w Luisenhof, rozstrzelano naszego robotnika Ładę z Białorusi... Mamy także wiele grobów Rosjan na naszych polach.

Tychów Wielki i przeżyte tam lata dzieciństwa są niezapomniane. Często powracałem do naszej „Pomorskiej Szwajcarii” z jej niekończącym się lasami, wspaniałymi jeziorami i rzeczkami, falującymi polami zbóż i szerokimi łąkami. Wspomnienia nie opuszczają nas, są niezapomniane i nigdy się nie wygaszą. Tak to wygląda u każdego z nas tychowian.

 

© Jürgen Ruszkowski

Diese Internetseite wurde vom früheren langjährigen Geschäftsführer und Heimleiter des Seemannsheimes erstellt, der hier sein Rentner-Hobby vorstellt

 

 

 


Impressum  E-Mail an: Jürgen Ruszkowski

Alle Nutzer des Dienstes sind für die Inhalte der Seite selbstverantwortlich!
Realhomepage distanziert sich von allen hier angebotenen Inhalten!
Kostenlose Homepage von Realhomepage.de


Suchmaschinenoptimierung mit Ranking-Hits