 |
„archipelag” miesięcznik kulturalno-polityczny nr. 4(43).Berlin Zachodni kwiecień 1987 ISSN 0176-9820
Zegary.
Urzędowe przesunięcie miejscowego zegara o pełne dwie godziny stało się dla mieszkańców nowych posiadłości imperium źródłem utrapienia. Zamiast o siódmej lub o ósmej rano pracownicy musieli zjawiać się w biurach i fabrykach o piątej, lub o szóstej, fizyczni odpowiednio wcześniej. Z czasem przyszły dalsze pomieszania.
Gorzej jeszcze, że do zegarowego przewrotu ludność nie chciała ani rusz przyzwyczaić się i w dalszym ciągu określała czas po staremu. Z tego powodu, umawiając się na godzinę czwartą po południu, rozsądnie było zapytać o jaką czwartą chodzi: „dawnego, czy nowego czasu” ? W uporze tym władze dojrzały rychło oczywisty i niewątpliwy symptom reakcyjności. Ludzie ostrożni, nie chcący się narazić ani jednej ani drugiej stronie, gdy zapytano ich o godzinę, odpowiadali z powagą „piąta dziesięć czasu obowiązującego”. Ten „polityczny” aspekt, a co za tym poszło – okazje do manifestacji – podwoiły tylko obustronną zaciekłość. W rezultacie, nakręcając swój zegarek, jedni regulowali go na „dawny czas”, by każdorazowo dodawać dwie godziny. Inni, przeciwnie, lękając się, że wypadnie wyjąć zegarek w obecności ludzi niepewnych, ustawiali wskazówki wedle „nowego czasu”, by każdorazowo dodawać dwie godziny. Inni, przeciwnie, lękając się, że wypadnie wyjąć zegarek w obecności ludzi niepewnych, ustawiali wskazówki według „nowego czasu”, by każdorazowo dwie godziny odejmować. W rezultacie zdarzało się często, że po spojrzeniu na swój zegarek opadały człowieka wątpliwości: zapominał według „jakiego czasu” go uregulował. (Ze wspomnień Michała Borwicza w „Zeszytach Historycznych”).
W miejscu, gdzie wczoraj armatka wodna potrąciła jednego z demonstrantów, wymalowano grubym pędzlem rozrzucony na jezdni kontur, biała farba mocno kontrastowała z asfaltem, świeczki i kilkanaście rzadko na krzyż rozrzuconych goździków ściągały przelotne spojrzenia przechodniów, kilkuosobowa, mała grupka młodych ludzi usiłowała wzbudzić większe zainteresowanie rozdawanymi ulotkami, mijano ich jednak, zasłaniano się wzbraniającym uniesieniem dłoni, przeczącym ruchem głowy, manifestującym obojętność wzruszeniem ramion, bądź też brano wciskane w dłonie cienkie kartki papieru zadrukowane brudzącą palce świeżą jeszcze farbą, wycierano te tłuste plamy brzegami ulotek, chusteczkami higienicznymi „Tempo”, rozsiewającymi dyskretny urok reklamy i wody kolońskiej 4711. Wyrzucano je zaraz po kilku krokach do najbliższego kosza, parę leżało deptanych obojętnie na chodniku.
Felicyta złożyła wezwanie do manifestacji we czworo, wsunęła do kieszeni obok budzika niesionego do naprawy. Był wciśnięty, nie dzwonił rano, chłopcy zaspali do pracy. A przywieźli, żeby nie zaspać: rosyjski, głośny, „Sława”. Kolega z siatkówki, AZS wypierał się; ten drugi też twierdził, że nie wciskał. Zrobiła szybko kawę; nie chcieli pić, bali się, żeby Niemiec nie krzyczał. Pracowali na budowie, pragnęli zarobić i wrócić do Polski.
Nie rozmawiała z organizatorami protestu; podjęta kiedyś przed wejściem do jednego z domów towarowych próba tego rodzaju bezpośredniej wymiany doświadczeń kosztowała ją dwie marki, tyle wynosiła cena komunistycznej jednodniówki. Tamtych cieszyło, że była z Polski: - Waleza, wir auch... Nie zrozumiała, co oni, gazetki też nie umiała przeczytać.
Zegarmistrz nosił nazwisko Kościuszko, nazywał to ironią losu. Tym samym tłumaczył swój przyjazd do Niemiec, wizę i uzyskany tu azyl.
Zwracał się przecież do czterdziestu czterech ambasad – tyle adresów znalazł w książce telefonicznej, poza socjalistycznymi. Wszędzie wysyłał: odpis notarialny decyzji o internowaniu, odpis notarialny zwolnienia z internowania, odpis notarialny decyzji Prokuratora Wojewódzkiego o wykreśleniu sprawy z repertorium i przekazaniu do Wojskowej Prokuratury Garnizonowej, a więc uznaniu jako „załatwionej w inny sposób”.
Odpowiedziało mu osiemnaście, pozytywnie jedna. – Dali ci, z którymi się wojowało; iskierkę triumfu w oczach przesłuchującego go na pożegnanie milicjanta odebrał jako największe upokorzenie w życiu.
Sześćdziesięciolatek dyskretnie unoszący na przywitanie filcowy, poniemiecki, z „Caritasu” kapelusz, przyczesujący szerokim gestem siwe resztki ciemnej niegdyś jak czarnoziem czupryny. Lekko pochylony, mocny jednak w sobie, odsłaniał w tym wyuczonym dawno, niepotrzebnym już geście, zaciśniętą tuż za zegarkiem na lewej ręce, osobiście wykutą z przetopionych czerwońców obręcz.
Dziesięć deko wyklepane w złocie, ekwiwalent za sprzedany przed wyjazdem warsztat. Właściwie -punkt w dobrym miejscu, przy samym Rynku. Między kościołem, a prezydium. Klienci zawsze. Kiedy przychodził ktoś z Ratusza, mógł pytać: Czy pan partyjny?
- A dlaczego ?
- Bo ja partyjnych załatwiam szybciej. Proszę zostawić, przyjść jutro.
Nazajutrz: - Przykro mi, ale nie mam tej części. Nie mogę się podjąć.
Naprawiał zegarki i pisał listy do Breżniewa; synowie dorastali i nie był im już tak bardzo potrzebny jak dawniej, zaraz po śmierci żony.
Wysyłał zawsze za zwrotnym potwierdzeniem odbioru, na cały świat, do ambasad, głów koronowanych. Potwierdzenia z Kremla cieszyły go jednak najbardziej; podłużna pieczątka: Wierchowny Sowjet – PRINJATO, Moskwa i datownik z gwiazdką.
W grudniu uznano, że „...dalsze przebywanie na wolności obywatela/ nazwisko i imię/ Kościuszko Władysław – Włodzimierz, /imiona rodziców/ Jan i Franciszka z domu Kordek / data i miejsce urodzenia/ 6.10.1926 r. Dubno – ZSRR, /zawód (zajęcie)/ zegarmistrz, zagrażałoby bezpieczeństwu państwa i porządkowi publicznemu przez to, że na przestrzeni ostatnich lat w sposób masowy rozpowszechniał fałszywe wiadomości godzące w podstawowe interesy PRL poprzez kierowanie listów do placówek dyplomatycznych, organizacji krajowych i zagranicznych, w których żąda ujawnienia sprawy mordu w Katyniu”.
W marcu zwolniono Kościuszkę z Darłówka. Dla celów postępowania przygotowawczego prokurator wojskowy skierował go jednak na badania psychiatryczne połączone z obserwacją „na czas niezbędny”. W uzasadnieniu zauważono, iż „systematyczność wysyłanej korespondencji budzi podejrzenie, czy podejrzany miał zachowaną zdolność rozpoznania znaczenia czynu i pokierowania swoim postępowaniem”.
Kościuszko nie miał wątpliwości: w skardze wysłanej na adres Wojskowego Sądu Garnizonowego wyjaśnił, że „nie może być przestępstwem dopominanie się o to, żeby w imię sprawiedliwości pociągnięci zostali do odpowiedzialności karnej sprawcy ohydnego mordu popełnionego na polskich oficerach w Katyniu”. Jeśli zaś chodzi o badania psychiatryczne zapytał, czy nie należałoby raczej poddać im tych, którzy doprowadzili Polskę do katastrofy ? Oskarżał prokuratora o odwlekanie terminu rozprawy.
Poznała go wkrótce po tym, kiedy zamieszkał w domu dla azylantów, złożył wniosek i oczekiwał wezwania do Zirndorfu. Trudno zresztą było to nazwać czekaniem: kobieta zarządzająca budynkiem przyniosła mu starą maszynę, niepotrzebną w domu, nie na prąd. Wyczyścił benzyną z apteki, znowu mógł stukać przez siedem kalek. Ktoś inny z biura pożyczył słownik, pomógł zaadresować: Warszawa, Wojciech Jaruzelski, Henker der polnischen Nation.
Pokazywał ożywiony przygodnym rozmówcom: - Przybili pieczątkę, potwierdzili, Sekretariat, KC.
W stosunku do niej zdradzał początkowo nieufność. Nie dlatego, żeby podejrzewał ją o współpracę z milicją, czy kimkolwiek. Chodziło o jej wiek.
O kapowanie, współpracę oskarżali się nawzajem wszyscy. Podejrzane były gesty i słowa, zaś kiedy ich brakowało – milczenie. Można było przecież dostać i taki rozkaz: nie nawiązywać z nikim kontaktów, nie rzucać się w oczy, nic nie robić, pracować na czarno dwadzieścia lat, wystąpić o paszport konsularny, obywatelstwo tureckie, zmienić nazwisko na Günter Wallraff, albo Helmut Kohl, integrować się, nie dać się wybrać, zapić się na śmierć, cicho siedzieć.
Kościuszko twierdził, że ludzie mogą wiedzieć tylko tyle, ile są w stanie się dowiedzieć. Że to zależy od wielu spraw. Któregoś dnia poprosił, żeby poszła z nim do lekarza w charakterze tłumacza.
- Chodzi o moją prostatę, proszę Pani – powiedział powoli twarzą w twarz. To już się ciągnie od wielu lat; lekarz ostrzegał po śmierci żony, ale ja nie chciałem macochy dla chłopców, któż by zresztą chciał ?
Nie poszła i nie mógł jej tego wziąć za złe; u lekarza trzeba było spodnie zdjąć, do badania naciągał gumowy palec, musiałaby chyba tyłem stać. Poradził pić wino, herbatę. Orzekł, że nie wygląda to groźnie. Kościuszko się zatrwożył: - A w Polsce chcieli ciąć!
O nią był jednak już spokojny, miał czyste sumienie, mógł wszystkim opowiadać o swojej niezręczności, przypadkowej przecież. Czasami jeszcze prewencyjnie tylko wtrącał, że ona to jest chyba z tego samego rocznika, co Andrzej, jego średeni syn. I gdyby chciała, to mogłaby wtedy dorzucić, że jej ojciec też ma na imię Władysław, albo że jest Panna, czy Rak.
Synowie w Ameryce, najstarszy w Kanadzie, dopiero od paru lat. Wcześniej ich także wzywano, robiono zdjęcia, pobierano próbki pisma, odciski palców. Pytał: - Dlaczego ? Na Rynku wymalował ktoś na czerwono antypaństwowe hasła. U niego zaś znaleziono pędzle i farbę, czarną, to nic, do malowania klamek. Usłyszał, że w kryminalistyce zdarzają się cuda i jego odciski palców mogą się kiedyś znaleźć na narzędziu zbrodni.
Organizując wyjazdy synów (wycieczka, ogłoszenie matrymonialne, zaproszenie do rodziny) był przekonany, że naprawia tylko wyrządzoną im niegdyś krzywdę. To, że przyczynił się, żeby przyszli w tym ustroju na świat. Choć nie był tego taki pewien, i później – kiedy nauczył się już od niej gotowania marchwi po kurpiowsku, sam poczęstwował blinami i nie krępował się nawet w jej obecności przyczerniać (przed zrobieniem w automacie zdjęcia do paszportu azylanckiego) krótki, przycięty staromodnie na dwa palce wąsik – wyznał, że jego żona nie zawsze była dobrym człowiekiem. Czasami w kłótni przy dzieciach krzyczała, że to nie on. Złośliwie, żeby mu zrobić na złość. To im musiało zapaść w pamięć. Może dlatego nie piszą teraz do niego? Tylko najstarszy, Jurek, i to też tylko: - Tato, kończ z tą polityką, życia im nie zwrócisz, dostałeś już azyl.
A Jurek na pewno wie, że nie jest jego, bo ją na rękach z nim wziął. Tak się po wojnie poznali. Otworzył w ruinach zakład, wywiesił szyld, zatrudnił człowieka. Brał tylko do czyszczenia, rozbierał, przyglądał się, co tamten robi, kupił książkę, w końcu zdał egzamin.
Odpowiadał jej krótko: - Nie ten ojciec, co zrobił.
Kiedy zaś umarła, to czas, który odbierał zawsze jako Boży dar, poszerzył się dla niego. Nie wydłużył, czy zwyczajnie zwolnił, lecz rozciągnął się jakoś w bok, gdzieś w nim, w środku, rozpojemnił.
Wtedy wśród wielu rzeczy i spraw przypomniał sobie Dubno, prowizoryczny jeniecki obóz dla polskich żołnierzy, poplamione krwią mundury, chleb, który rzucał przez siatkę i wyrok ośmiu lat „trudowych isprawitielnych łagieroj” za tę jedyną akcję chłopięcego związku „Orzeł Biały”. Na trzy miesiące przed wybuchem wojny niemiecko-rosyjskiej więzienie rozdzielcze w Dniepropietrowsku, później w kolumnach na wschód, stacja kolejowa w Charkowie, Nowosybirsk i po miesiącu Kotlas, kopalnia torfu. Obóz ogrodzony przed wilkami, którym wynoszono trupy. Nikt nie uciekał, bo gdzie? Wreszcie wiadomość o Sikorskim, amnestia. Wyszło ich trzech Polaków, mężczyzn, i kobieta.
Czas wypełniał się w nim na nowy sposób, realizował, określał wszystko inaczej, nadawał nową treść. Kurant na Ratuszu widzianym z okna warsztatu, zainstalowany tam za Stalina lub Gomułki, wygrywał wprawdzie jak dawniej tę samą, znaną, starą śpiewkę o Wiśle i partii, co w przyszłość szczęśliwą nas prowadzi, lecz zegary na dachu, trzy kwadratowe, białe tarcze – nie wiedzieć czemu bez tej na zachód – rozregulowały się, porozchodziły, rozstroiły.
Z początku mogło to wyglądać na to, że otrzymano nowe wskazówki i jeden z zegarów ma przypominać dawny czas, przedrewolucyjny. Z czasem jednak zaczął po swojemu chodzić drugi zegar, rząd zaś dopiero co wygrał wybory, stłumił rozruchy i nic nie zapowiadało zmian, więc przestano mówić, że to coś wróży, odczytywać jako Znak.
Tylko zegarmistrz coraz częściej zamykał się w sobie, zaczynał się czegoś bać. Coraz częściej tłumaczył się brakiem części, zamykał zakład, wywieszał kartkę: Z powodu przesłuchania...
Oficer nie mógł zrozumieć, dlaczego on tak w kółko: Katyń! Katyń! Synowie przecież dostali paszporty, wyjechali:
- Obłędu można od tego dostać!
Kościuszko odpowiadał: - Panie, co tam obłęd! Tamci życie stracili!
Gryzł go nowy problem: - Dlaczego rząd USA nie zezwolił na postawienie pomnika poległych w Katyniu, na ziemi amerykańskiej?
Zegary na Ratuszu ciągnęły resztkami sił, stawały, ruszały później same, zataczały bezwiednie koła, kręciły się jeszcze w kółko, nie miało to jednak już nic wspólnego z matematyką, rachunkiem. No, może tylko z teorią kwantów – zapowiadało ich kosmiczną śmierć.
Mogli go wezwać w każdej chwili, jak do chorego; bęben sprężynowy, sprężyna, kółko minutowe, wałek sprężynowy, tryb minutowy z ćwiertnikiem, kółko pośrednie z trybem, kółko sekundowe z trybem, kółko wychwytowe, kotwica z paletami i ośką, balans z włosem, osią balansową oraz platem z kamieniami. Wszystko mogli dorobić.
Kościuszko potrząsnął przyniesionym budzikiem, uśmiechnął się, nacisnął sprężynę, coś przeskoczyło, zakręcił wskazówkami. Zegarek rozdzwonił się głośno w azylanckim domu. Była druga po południu. Hausmeister o polskim nazwisku Baczynski wzruszył ramionami.
Stefan Kosiewski (1983)
|
 |