z Listów do Leona - irgendwo in Europa

Home
mehr1
mehr2
mehr3
mehr5
mehr4
mehr6

 

K A N A L I Z A C J A

D E L F I N

GAUDE MATER POLONIA



 

z Listów do Leona:

 

    Stefan Kosiewski

   J. FACET NA ZAPYTANIE:
   CZEMU NIE W CHÓRZE?


Filozofowie próbowali nawet już coś zmieniać,
idzie jednak o to, że nic nie idzie zmienić:
woda jest wodą, ogień - ogniem
i my wszyscy jesteśmy na jedno kopyto,
na jego wzór i podobieństwo
i tak jak on pielęgnujemy swoje oddalenie

 


 

Stefan Kosiewski ur. W 1953 r. Absolwent filologii polskiej UŚ w Katowicach, od 1981 na emigracji w Niemczech, dziennikarz, były współpracownik Radio Wolna Europa, publikował w prasie emigracyjnej i krajowej, m.in. w: "Archipelag" Berlin Zachodni, "Bez Dekretu" Kraków (wydawnictwo podziemne), "Ład" i "Tygodnik Solidarność"; autor książek poetyckich: "Zagrajmy na wyścigach" (1977), "Pomidor" (1982), "Wierszem" (1997), "Oby do Wilna" (2000). Przewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Szkolnego "Oświata" we Frankfurcie nad Menem i Prezes Polskiego Ośrodka Kultury.

 

     "Łabuź" nr 29,

 

 

Pięć - dziesięć zdań:

 

Jeśli zaś myślę o kulturze i aktywnym w niej uczestnictwie amatorów, to jawi mi się przed oczami obraz ze wczesnego dzieciństwa: mały pokój w mieszkaniu na trzecim piętrze, smutny blok w robotniczym Zagłębiu, a przez pokój - na ukos fortepian. Skrzydło unosiło się czasem pod sufit i fortepian grał. Potem dziewczyna wychodziła na balkon, albo na spacer z psem i nikt nie zaprzątał sobie głowy pytaniem, jak on się dostał tam po schodach. Skąd się wziął i po co go wnoszono, w częściach, tak wysoko. Tyle było przecież innych spraw, i potrzeb w Polsce sześćdziesiątych lat ubiegłego wieku.

Ten fortepian wypełnia dzisiaj połowę mojego mieszkania we Frankfurcie, drugą połowę zajmuje Thomas. Ma cztery lata i jest moim pierwszym synem. Prawdę mówiąc to ma trzy lata i osiem miesięcy, a fortepian widział tylko kilka razy w życiu na koncertach.

Tyle tytułem wprowadzenia.

 

s.k.


 

"Łabuź" nr 37, czerwiec 2001

 

PRZEMIANA



z Bekieszowej Góry w dół
na wieże i dzwony i krzyże

z góry
w dół

niebo stopić
w złoty klucz

 

  8.10.98


               "Łabuź" nr 30, wrzesień 1999

 

 

KTOKOLWIEK CZYTAŁ, KTOKOLWIEK WIE

Przed kilkoma dniami, kiedy Maciej Michał Szczawiński, poeta, dziennikarz-radiowiec, autor głośnych książek o aktorze Kobieli i poecie Wojaczku, wręczał mi w Katowicach trzecie już wydanie swojej książki o niespełna dwudziestosześcio-letnim poecie, który zostawił po sobie tak wiele śladów skrzętnie teraz zbieranych, przyjmowałem ten prezent jak niebezpieczny rozrusznik, za którym spodziewałem się, że przyjdą - fala za falą - wspomnienia, gejzery, Czerwone Morze wspomnień. I dedykację - zobowiązanie:

"Stefan, z serdecznym uściskiem dłoni i dobrą pamięcią naszej młodości - dajęc Ci, żebyś PRZECZYTAŁ tę książeczkę. Maciek". 

Zabrałem ją w długą, powrotną podróż do siebie, żeby zaczytywać się już w drodze, w autobusie do Niemiec. We frankfurckim tramwaju, przy biurku i na spacerze z moim pierworodnym, po bulwarze nad rzeką, która może nie tak całkiem nieśmiało przypomina Odrę, jeśli wpada do niej w końcu (dla Polaków: znienacka) Nida. Na spacerze z moim dwuletnim, który pojawił się był najpierw we śnie, przed blisko trzema laty, rosły, dwumetrowy dąb, pod trzydziestkę. Wraz z imieniem, które zabrzmiało pod powałą snu tak niezwykle poważnie, donośnie i samotnie, że obudziłem się z wielka pewnością i oznajmiłem kobiecie: urodzisz syna i będzie miał na imię Thomas. 

Przed kilku dniami wsiadałem w Katowicach do autobusu; od południa graniczy z Katowicami niejaki Mikołów, od północy - jeszcze bardziej taka sobie Czeladź. 

Dobra pamięć naszej młodości, Maćka i mojej, to okres studiów na filologii polskiej w Katowicach i w Sosnowcu, czasy ukazywania się drukiem pośmiertnych tomików Rafała Wojaczka: "Którego nie było" i "Nie skończona krucjata". 

Leonard Neuger, dziś profesor slawistyki na uniwersytecie w Sztokholmie, a wtedy nasz nauczyciel, starszy o parę lat przyjaciel, tracił swój cenny czas na niezwykle wnikliwe analizy naszych pierwszych wierszy. I dostrzegał w nich, a jakżeby inaczej: "...reminiscencje z Wojaczka. Nie ma na tym świecie Boga, który zniszczyłby Zło. Nie ma sprawiedliwych i nie ma sensu ich szukać" (to Leon o świecie tamtych wierszy). A Jurek Kronhold, inny poeta, który zaczynał z Wojaczkiem studiować, i pisać wiersze w Krakowie,  zaś nas zaszczycał - w tamtych początkach literackich -  nie tylko przechodzeniem na "ty" ale i dotknięciami, które zmuszały do przemyśleń. Tenże poeta o świecie tamtych lat, świecie zaczynającym się i kończącym też w: Mikołowie, Krakowie, Czeladzi, Wrocławiu.  Przemykającym cichaczem przez Bytom, obłażącym w Katowicach, Mysłowicach, Sosnowcu: "Życie w PRL-u było hodowlą pod kloszem, ten totalitaryzm matkował nam w sposób precyzyjny - nadzorując, śledząc, wydzielając papkę, wódkę itd. Zmora straszna, dusząca, na dodatek wszechobecny prowincjonalizm wszystkiego dookoła". Tak wspomina Jerzy Kronhold tamten świat w książce Szczawińskiego, z której można się dowiedzieć i tego, że Wojaczek kupił sobie ongiś potężną pracę Bogdana Suchodolskiego "Narodziny nowożytnej filozofii człowieka" i zakreślił tam taki oto fragment: 

"Augustyn analizując człowieka ukazał wewnętrzne rozdarcie, jakie istniało między pragnieniem życia i pragnieniem doskonałości. Spełniając pierwsze z tych podstawowych pragnień swojej natury człowiek musiał zdradzać drugie, bo życie płynie w czasie, a więc się zmienia i nie posiada doskonałości, spełniając drugie z tych pragnień człowiek musiałby rezygnować z życia, ponieważ doskonałość znajduje się po za czasem". 

Podkreślenia dokonane ręką dwudziestokilkuletniego Wojaczka wyodrębniają z tekstu jeszcze jeden fragment, refleksję nad życiem, mysl już samego Augustyna: 

"Niekiedy dajesz im zakosztować w duszy tak niezwykłego uczucia nieokreślonej słodyczy, że gdyby ona doszła we mnie do doskonałości, nie wiem, co by było, ale nie byłoby to już życie nieziemskie. Lecz spadam z powrotem pod ciężarem mej nędzy i znów pochłaniają mnie zwykłe sprawy, które mnie wiążą, a ja płaczę bardzo, lecz bardzo jestem związany. Takie znaczenie ma ciężar przyzwyczajenia. I mogę być lecz nie chcę; tam chcę, lecz nie mogę, tu i tam jestem nieszczęśliwy." 

Przy powyższym fragmencie rozważań nad kondycją ludzką Rafał Wojaczek zanotował na marginesie monosylabiczną uwagę, zamkniętą w najbliższym mu zaimku: "ja". Resztę dopisywało życie do 11 maja 1971 roku, dopóki Rafał Wojaczek był. I rozgrywały się jeszcze wszystkie dramaty, które ze sobą nosił. 

Przed kilkoma dniami zabierałem w długą podróż do Niemiec gazetę, a w niej informację o 27-letnim Łukaszu, synu piosenkarza i kompozytora Marka Grechuty, którego siostrę we Frankfurcie znam: "Od marca nie wraca do domu. Zrozpaczeni rodzice poszukują go bezskutecznie. Wcześniej już trzy razy odchodził z domu, jednak odnajdywał się po kilku dniach - raz w Częstochowie, drugi raz na krakowskim dworcu PKP, trzeci raz pod Jelenią Górą. Zapowiadał, że chce odejść, znaleźć jakąś pustelnię, tam zamieszkać i "przemyśleć swoje życie". W zeszłym roku skończył krakowską Akademię Sztuk Pięknych. Apel rodziców introwertycznego jedynaka dwukrotnie wyemitowała telewizja w programie "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie". 

Zapowiedzi Rafała Wojaczka, ostrzeżenia i apele kierowane do najbliższych i ujmowane formę wierszową dopiero odczytywane post factum stawały się prawdziwie dramatyczne. Czasem dopiero odejście, ucieczka uświadamiają nam czyjąś nieobecność. Skłaniamy się wtedy ku najbliższym. I w nich zaczynamy znowu szukać tego, co najważniejsze. 

"Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą" - satelitarna telewizja polska słowami poety reklamuje sobie znane rzeczy, a ksiądz Jan Twardowski kończy swój wiersz zdaniem: "kochamy wciąż za mało i stale za późno". 

Drogi Maćku, Marku, kochana Mamo, w chwilach wolnych od innych zajęć dopisujemy się monosylabami do doskonałości.  
  
  s.k.


Maciej M. Szczawinski: Rafał Wojaczek, który był. 
Wydanie trzecie poszerzone. Wydawnictwo "Książnica" Katowice 1999 

                                                                           

                              "Łabuź" nr 35, grudzień 2000

http://free.art.pl/labuz/archiwlabuz/035labuz.html#P

 

 

JESZCZE JEDNO MIASTO

jeszcze jeden powód, dla którego lubię religię
jeszcze jedno miasto podobne do Wilna

 

na płaskowyżu rozciętym doliną rzeki
na pagórkach jak cmentarz na Rossie

 

na dolomicie i wapieniu cienko okrytych
piaszczysto-gliniastą powłoką osadów czwartorzędu

 

piasków i żwirów zebranych kiedy rzeki
przechodziły okres zlodowaceń plejstoceńskich

 

i w holocenie, a poza tym - cienka warstwa glin
i rumoszy zwietrzelinowych oraz pyłów eolicznych

 

zglinionych lessów wieku plejstoceńskiego
i lubię religię także dlatego

 

 30.4.98

                   "
Łabuź" nr 31, grudzień 1999

 

 

Pięć - dziesięć zdań:

 

Drogi Leonie, z Frankfurtu nad Menem informuje Ciebie, że w Piśmie "Krajobrazy Dziedzictwa Narodowego" nr 1 (5) 2001 wydawanym w Warszawie przez Ośrodek Ochrony Zabytkowego Krajobrazu, p. 
Andrzej Kosiński, architekt, pracownik naukowy Politechniki Krakowskiej w artykule dedykowanym p. drowi Andrzejowi Michałowskiemu, Dyr. i Red. Nacz. "Krajobrazów" m.in. pisze:

 

"... Tymczasem w Europie Zachodniej, której standardy są jednym z celów polskich przemian, poziom życiowy i estetyczny małych miast należy do najwyższych w skali krajowej. Nie ustępuje on standardom metropolii, a często go nawet przewyższa. Pojęcie prowincji posiada tam charakter pozytywny, a nie pejoratywny jak u nas. Traktowanie prowincji z szacunkiem i dbałość o jej wysoki poziom zwłaszcza w małych miastach jest przejawem zachodnioeuropejskiej kultury i cywilizacji...".

 

Święta prawda, i takie jest Wasze samopoczucie w Łobezie, i filozofia "Łabuzia", i stąd też moja do Was sympatia. Należałoby powiedzieć: nic dodać!!! Utwierdzając Cię, Leonie, w sensie robienia "Łabuzia", informuję, że "Krajobrazy Dziedzictwa Narodowego" są lekturą obowiązkową.

  Tymczasem w Europie..., Leonie.

  Z najlepszymi pozdrowieniami
                            

 s.k.

                   

     http://free.art.pl/labuz/archiwlabuz/039labuz.html#AD

 

  W SKLEPIE

   von Matthias Kneipp

  

regały są pełne                                             

wszystko kupić możesz

 

bułkę i kiełbasę

dziwkę i pierożek

                                                                                                                                     odwagę na wagę

sztuczne serce włosy

 

futro z norek nogę

przysięgę i głosy

 

mężczyznę kobietę

świadka który kłamie

 

lustereczko takie

co cię nie omami

 

w lodowym świetle

wszystko tu mamy

 

a tylko wyjścia

ciągle szukamy

                                                                                                                                                               "Łabuź" nr 42, wrzesień 2002

 

 

BANIA

w Ławaryszkach bania
Tadeusz i Wala

grzyby na talerzu
pokrywają, śledzie

kościół bez posadzki
stoi jak potrzeba

prosto w dół po śniegu
mróz do Wilii jedzie

zioła dojrzewają
do ciemnego chleba

na świętego Jana
noc oczarowana

ostra wyspa rzece
rozchyla kolana

i lasy zachodzą
do siódmego nieba

nad Wileńszczyzną
nie zasypia kania

      

 

                "Łabuź" nr 38, wrzesień 2001

 

 Drogi Leonie


o trzynastej zwyczajowo ogłoszono nazwisko laureata literackiej nagrody Nobla , i znowu nie był to Herbert i Tomas Tranströmer.
Nie idę na Targi: płacę składki na związek zawodowy dziennikarzy i nie płacę za hotel; 400 euro za noc w czasie targów przyczyniło się także do spadku o blisko 4 proc. w tym roku liczby wystawców, a pierwszy dzień przyniósł spadek obrotów podobno o 2 proc., ale kto to tak szybko wyliczył? Moje wyrachowanie ma inne źródła - nie o tym jednak, a tylko: a propos Targów przypomniałem sobie posturę Giedroycia, dostojną, pełną spokoju i godności, która emanowała z niego i wtedy, kiedy na nogach zamiast butów dostrzegało się szare kapcie, w których sunął po hali czwartej. Przede wszystkim jednak można było jeszcze do niego dojść i zapytać o coś bardzo istotnego, co pamiętało by się na całe życie jak przesłanie, co należało zachować jako szczególne, osobiste wspomnienie. Bardziej doniosłe i znaczące, niż te kapcie, w których dokonywało się fizyczne zmaganie ze słabością kondycji ludzkiej.

Prośba Cześka o to ,żeby napisać coś o moich kontaktach z Giedroyciem, niemal wywołała we mnie wyrzuty sumienia z powodu banalności wymienionych z redaktorem paryskiej „Kultury” słów, bo nie było w nich nic takiego, co mógłbym teraz przekazać do Kraju. No i ta piwnica, o której już wiesz, w której przechowywałem kilkadziesiąt roczników „Kultury” przywiezionych z Monachium, otrzymanych w darze od Włodka Sznarbachowskiego (Włodek ma w tym roku 9O urodziny, a Frassati-Gawrońska, która wywiozła go we wrześniu 39 roku z Polski razem z żoną generała Sikorskiego i setką innych Polaków, w sierpniu obchodziła setne); piwnica, w której nic nie było – jak stwierdza w piśmie do mojego adwokata przedstawiciel właściciela budynku – a tylko „stare śmieci”, które powodowały zagrożenie pożarowe. Mówiłem Ci: osiem pudeł po bananach, których w latach osiemdziesiątych nie mogłem przewieźć do żadnej biblioteki w Polsce z Encyklopedią Brytanica, bo jeszcze nie była pora na takie jazdy i lektury w kraju. Nie mogłem, ale chciałem. A może chciałem i nie mogłem ?

Czytam dzisiaj w „Dzienniku Kijowskim” - to taki polski dodatek do „Hołosu Ukrainy”, redagowany przez Staszka Panteluka w Kijowie – co o Giedroyciu powiedzał na Ukrainie w tym roku Leopold Unger, a z reporterską dokładnością zapamiętał sobie Borys Dragin (ma taki dar do pamiętania, podziela chyba z Cześkiem też coś, co przyjdzie nazwać tu serdeczną, segestywną emocjonalnością): „... z Juliuszem Mieroszewskim, który był w dużym stopniu ideologiem „Kultury”. Mieszkał w Londynie i przez 40 lat nie był ani razu w Maisons-Laffitte. A Giedroyć widział go tylko jeden raz w Londynie przez ten cały okres...”.

Można było z Giedroyciem współpracować, wymieniać się korespondencją, lub uwagami przez telefon jak Unger. Można było nie widywać się albo i nie publikować w „Kulturze”. Nie sposób było jednak przejść obojętnie obok myśli wskazującej na konieczność innego spojrzenia przez Polaków na swoich wschodnich sąsiadów,innego niż nacjonalistyczne, obcego dogmatycznemu klerykalizmowi. Nie można było też spoza zwyczajowych grzeczności, które warunkowała banalność frankfurckiego bazaru książki, wydobyć czegoś bardziej charakterystycznego dla Giedroycia od spokoju spojrzenia, który unosił się głowami innych uczestników tego spektaklu: wydawców, dziennikarzy, przeróżnych dziwnych osób. Gości z jednej i drugiej strony żelaznej kurtyny.

W sobotę stoisko „Kultury” było puste, Giedroycia nie było. Były: papucie, wzrok, jakieś zwykłe, nic nie znaczące słowa, i te pudła po bananach wypełnione „Kulturą”.


Frankfurt nad Menem,  10 października 2002 r.


http://www.net-galeria.art.pl/index/dzial/artykuly/index.php?pokaz=articles&id=56

 

                                                                                

         

 Stefan Kosiewski  

 

Impressum |Mail: Stefan Kosiewski |

Alle Nutzer des Dienstes sind für die Inhalte der Seite selbstverantwortlich!
Realhomepage distanziert sich von allen hier angebotenen Inhalten!
Kostenlose Homepage von Realhomepage.de


Suchmaschinenoptimierung mit Ranking-Hits